W wyjątkowo ciekawym, jak zwykle fajnie wydanym, nowym numerze publikowanego przez warszawski Klub Wysokogórski periodyku A/ZERO (nie do dostania, tylko dla elitarnego grona klubowiczów) Artur Paszczak zamieścił list ode mnie. Dla nie-klubowiczów – załączam.
— — —

Drogi Paszczu,

Twój pięćdziesięcioletni niemal przyjaciel, jak Ci wiadomo wielce obyty, wykształcony, inteligentny… No, dodaj sam resztę komplementów, gdyż znana Ci świetnie moja skromność mnie na to nie pozwala… Otóż ten Twój przyjaciel, wybrał się pewnego słonecznego dnia w prowansalskich Alpilles tam, dokąd rano się wcale nie wybierał. O północy tego samego dnia stwierdził, że oto niechcący stworzył amatorski poradnik z rodzaju “jak tego nie należy robić” w obszarze Twych zainteresowań.
Popełnił bowiem większość klasycznych błędów. Tych, które popełnia się, gdy refleksję zasłania poczucie – będę dla niego łągodny – obycia i omnipotencji.
Rano – przejdę do pierwszej osoby – wybrałem się do Saint Rémy. Wiadomo: Musée des Alpilles, Hotel de Sade, rzymskie Glanum i resztki po van Goghu.
Instynkt, jak się okazało, mnie nie zawiódł, gdyż zaraz po wejściu w uliczki przereklamowanego niemożebnie Saint Rémy zdążyłem kupić wybitne prowansalskie wino, Le Rouge du Château de Pibarnon.
Jeszcze po drodze do Saint Rémy zwróciłem uwagę na piękną grań alpijki nad Orgon, zwieńczoną na dodatek Chapelle-Notre Dame de Beauregard.
Do pobytu w Saint Rémy byłem w każdym razie zupełnie dobrze przygotowany. Aby dreptać po jego uliczkach i wykopaliskach ubrałem odychające, sznurkowe keeny i najkrótsze spodenki. Przezornie zabrałem też cały litr wody.
Saint Rémy bardzo mnie jednak zawiodło, dlatego już w południe byłem pod ścianką wspomnianej alpijki nad opustoszałym Orgon. Z pozostałym 0,5 l wody zdecydowałem się wchodzić na tę grań i obejrzeć wieńczącą jej najwyższe miejsce kapliczkę. W słońcu było już 38°C, co jednak nie zniechęciło mnie do wchodzenia po drobnych kamieniach, potem piargach, a wreszcie śliskiej od słońca i wiatru wapiennej skale. Alpijka sięga w końcu ledwie 500 mnpm; wydawało się że lasek (pinie, dębczaki) przebrnę natychmiast, a trochę trudniej będzie w gęstym garrigue (lawenda, tymianek, rozmaryn, ale też dąb skalny, kilka mniej lub bardziej kłujących odmian jałowca). Potem już tylko dwieście metrów ciut mocniej nachylonej wapiennej ścianki.
Lasek, jednak, wydawał się laskiem tylko z daleka. Był bardzo rzadki i niski, a teren poczynając od Doliny Durance – zaskakująco pochyły i kamienisty; Słońce brało co jego. Dalej, już w garrigue, sznurkowe keeny łykały kolce, kamyki i co tam jeszcze było. Z kolcami w łydkach i stopach, zsuwając się co chwilę po luźnych kamykach, a potem po śliskim wapieniu, dokumentnie już zlany potem doszedłem pod ściankę. Spacerek, który wyglądał na 45 minut, trwał nieomal cztery godziny. Pod ścianką, z hukiem ciśnienia w uszach, wypiłem ostatni łyk wody i… ruszyłem z powrotem, zostawiając kapliczkę na inszy raz. Podjąłem pierwszą dobrą decyzję tego dnia.
Schodząc przypomniałem sobie, in praxi, niestety, że odwrót tym samym terenem na czterech łapach jest dużo trudniejszy, niż wchodzenie nim z użyciem tych samych czterech kończyn. Z podrapanymi nogami i nadgarstkami, w zupełnej niemocy, o zmroku znalazłem wyschnięte koryto strumyka. To był mój ratunek.
Do samochodu zaparkowanego na krańcu Orgon dotarłem przed północą. Jako że – jak się okazało poniewczasie – niefrasobliwie zaparkowałem na polu do gry w bule (pétanque), życzliwi krajowcy zablokowali na noc wyjazd ze swego świętego terytorium. Wyjąwszy na parkingu resztkę kolców ze sponiewieranych nóg otworzyłem “szato” (które wiozłem by wypić z Tobą w domowych komfortach), i przy cykadach potwierdziłem, że nadal jest winem miejsca.

Morały:
1. Nie łam bezmyślnie reguł wymyślonych przez doświadczeńszych. Nawet na płaskim jak stół.
2. Drugi morał wymaga króciutkiej opowieści.
Na początku mojej drogi pod alpijkę w Orgon spotkałem typa, którego nazwałem w pamięci Costaud. Nazwałem go tak, bo zupełnie inaczej niż większość napotykanych w Luberon i Verdon Francuzów, był to mężczyzna który nosił na kościach mięśnie, a nie żabie udka. Nie paplał też za wiele, nie nosił kolorowych ciuszków, za to patrzył spokojnym, przyjaznym wzrokiem. To ten typ, pomyślałem, frankijskich i burgundzkich zdobywców sprzed kilkunastu wieków. Jak np. Fulko (Foulques Bertrand Ier), potomek pochodzących z frankijskich wojów Bosona, Wilhelma i Rotboalda, dzięki któremu kwitnąca Prowansja na dłuższy czas stała niezależna. Costaud spojrzał wtedy na alpijkę, na moje sznurkowe keeny i zrobił do mnie nie pozostawiającą wątpliwości minę, znacząco nadymając jeden policzek, jak to Francuzi mają w zwyczaju. Do mnie, jak wiadomo, nie dotarło.

Kilka dni później, w Moustiers-Sainte-Marie, mojej przystani w Verdon, znów na szlaku spotkałem Costaud. Tym razem szedł z ładną żoną i synem w tym samym co ja kierunku pobliskiego szczytu Le Pavillion. Wyprzedziłem ich gdy robili sobie krótki odpoczynek wsuwając pachnący ser Banon i popijając prostym rosé. Słuch mam znacznie lepszy niż inne zmysły, więc idąc sam w zupełnej ciszy z bardzo daleka, gdzieś znad Durance, dosłyszałem grzmoty. Byłem już daleko od Moustiers, dochodziła szesnasta, toteż zawróciłem (jeszcze nie zapomniałem alpijki). Po drodze nawinął się znów poczciwy Costaud idący mocnym tempem z rodziną pod górę. Mruknąłem tylko do niego, że będzie chyba burza, może lepiej wracać, bo dziecko itp., itd. Zatrzymał się i zaczął nasłuchiwać, a jednak – poszli dalej. Późnym wieczorem okazało się, że nocujemy w tym samym, urokliwym bastide z dojrzałymi figami wchodzącymi na parapety naszych okien. Kobieta nieprzerwanie mu wyrzucała (Ty, jak pamiętam, nazywasz to gęganiem?), że “… nigdy tak nie zmokli, że dziecko zmarzło i płacze, że zwichnęła nogę… A wszystko przez twój głupi upór. – podnosiła ładny, jak mi się wcześniej wydawało, głos. I dalej: – A tu przecież monsieur mówił ci, chyba wiedział co mówi, n’est-ce pas? A ty jak ten osioł, nie posłuchasz mądrzejszych!”. Przypomniało mi się wówczas Twoje powiedzonko, Paszczu, które brzmiało chyba tak: Nikt tak ci nie przy… przepraszam, nie zimanentyzuje eschatonu, jak twoja b… bardzo bliska towarzyszka podróży, hej!

Polub nas i śledź na: