I zanim wyszedł, to tak długo się rozglądał po domu, jakby wiedział, że to jest ostatni raz. Jakby chciał wszystko dobrze zapamiętać.

Niedoceniona, ledwie zauważona przez autorytety książka “Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” Anny Król skrywa wiele. Są to rzeczy-rzeczy, jak guzik, poplamiony krawat, menu z paryskiej kolacji z Gierkiem czy bilet lotniczy, rzeczy-miejsca: Stawisko, Zakopane, Paryż, Sandomierz, rzeczy-listy, rękopisy, relacje, wspomnienia wcześniej niepublikowane albo rzucone w przestrzeń bez osadzenia wśród spraw Iwaszkiewicza.

Jest i ożywione, głównie w postaci ludzi i psów. Autorka z dobrym wyczuciem tempa, epok i wagi prowadzi przez wszystkie te rzeczy. Może chwilami niepotrzebnie wchodzi w poufały niby-dialog z pisarzem. To, jednak, drobnostka.

W dzisiejszych czasach Stawisko, z ludźmi, rzeczami i wydarzeniami, które się przez nie przewinęli wydaje się czymś nierealnym. Raz twierdzą, raz schroniskiem, a nawet azylem, innym razem nieomal salonem na pustyni PRL-u.

Iwaszkiewicz, ten poliglota, dyplomata, znawca muzyki, właściciel wielu “rzeczy z klasą”, w tym kolekcji głównie zielonych krawatów, jest narysowany w “Rzeczach” bardzo kompletnie. Obok – najbardziej wielu elektryzującego – wyświetlenia nurtów jego intymności, jest tu i skrzętny administrator, i oportunista, i niezrozumiany przez emigrację “strażak ZLP”, i mąż.

I psiarz: „Ostatni psi lokatorzy to spokrewniona z wilczurami Aza, należąca do Szymona, ślepy pudel Medor, Tropek i jasny, biszkoptowy Migdał – mieszaniec, o którym mówiło się, że jest synem Tropa. Jednak żadnego z psich domowników Jarosław nie lubił tak bardzo, jak czarnego Tropka: ‚Okropnie pokochałem małego Tropika. Hania pyta się, co ty widzisz w tym psie? Jak to co? Pokochał mnie i będzie kochał do końca mojego czy swojego życia, nie będzie się żenił ani rozwodził, nie będzie naciągał mnie na pieniądze, nie będzie pisał książek i szukał protekcji, nie obszczeka mnie wśród innych piesków, nie będzie miał ambicji, które przerosną jego uczucia, a najwyżej będzie się napierał kawałka sera. Czyż to nie najlepszy przyjaciel?”

Gros nieznanej wcześniej korespondencji (w tym listów do Jurka Błeszyńskiego), do jakiej dotarła autorka zachowała się dzięki wybitnemu, wciąż mało znanemu kolekcjonerowi, bibliofilowi, twórcy jednej z największych na świecie prywatnych kolekcji kartograficznych, Tomaszowi Niewodniczańskiemu.

Ten doktor fizyki jądrowej, wilniuk, naukowiec w instytutach w Świerku, Heidelbergu i Darmstadt, mąż dziedziczki browaru w Bitburgu, był między innymi właścicielem ponad 2300 map i widoków polskich miast, regionów i Rzeczyspopolitej. Mało kto doceni fakt, iż dzięki niemu wiadomo jak wielkie było bogactwo dawnych map ziem Rzeczypospolitej, a tym samym jej elit (Nb. wydano ich więcej niż dawnych map np. Hiszpanii lub Szwajcarii).

Kolekcjoner ten był również posiadaczem mapy Europy Środkowej Cusanusa (wydanie V z ok. 1530 r.), a także notesu z rękopisami 42 utworów Mickiewicza, czy zbioru niepublikowanych wcześniej dzieł Tuwima. Całą kolekcję przekazał muzeum Zamku Królewskiego.

Jego syn, Roman Niewodniczański, od dwudziestu lat wytwarza nad Saarą, na należących kiedyś do jezuitów parcelach, coraz wyżej cenione rieslingi. Początkowo jego przedsięwzięcie pod marką „Van Volxem” wzbudzało nad Mozelą i Saarą powątpiewanie, jednak jego pochodzące z dawniej renomowanych, a potem zaniedbanych siedlisk wina zyskały szybko duże uznanie i wysokie ceny.

Osobiście najbardziej lubię jego podstawowy Saar Riesling, wino stosunkowo nieprzeładowane, o sporej kwasowości.

Niewodniczański ma niezmienne upodobanie do budowania rozłożystych struktur z klasą. Niedawno rozpoczął prace na legendarnym, benedyktyńskim Ockfener Geisberg, kiedyś jednym z czołowych siedlisk w całym regionie. I to z mozelczykiem Markusem Molitorem, tym od sławnego “miodu” – Graacher Himmelreich.

Dobry smak, wyrobienie, pewien pociąg do blichtru, w skrócie: la grande vie pisarza skłania mnie dziś do polecenia licującej z tymi przymiotami etykiety. A skoro Geisberga jeszcze nie ma, to wybieram któreś z wypróbowanych Großen Lagen (Grand Crus) od Niewodniczańskiego.

Volz, bo o to właśnie wino mam na myśli, pochodzi z najwyżej sklasyfikowanego w XIX wieku siedliska w ramach renomowanego Wiltinger Braunfels. To zdecydowanie pełnego ciała wino jest bez dwóch zdań eleganckie i efektowne. I odpowiednio drogie. Byłoby zatem klasycznie napuszoną i nudnawą pięknością, gdyby nie jego mineralność.

Jako że wszystko tu krągłe – dominują gruszka i melon. No, i jest long en bouche.

Polub nas i śledź na: