Wojna o muzeum wojny.

Spokój i przejrzystość. O Muzeum II Wojny Światowej inaczej.

Spór o Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku nie ma kilkutygodniowej historii, jak chciałoby jego poprzednie kierownictwo oraz politycy poprzedniej koalicji rządzącej w latach 2007-2015. Od 2008 roku, szczególnie zaś od określenia składu Rady Muzeum, wyznaczenia na jego dyrektora profesora Machcewicza i przyjęcia założeń programowych było oczywistym, iż ta ważna i ogromna w sensie wysiłku finansowo-organizacyjnego inwestycja (blisko 500 mln ze Skarbu Państwa) będzie realizowana bez porozumienia ponad bieżącymi podziałami politycznymi. Profesor Machcewicz także później, gdy zbliżała się – przyśpieszana przez niego – data otwarcia Muzeum nie widział możliwości poszerzenia wachlarza ekspertów zdolnych wspólnie wypracować takie założenia narracji, które byłyby kompromisem potrzebnym i koniecznym w związku z wciąż szerokimi różnicami interpretacyjnymi wśród historyków i różnie rozkładanymi akcentami w pojmowaniu wysoce skomplikowanego zjawiska, jakim była II Wojna. W ostatnich miesiącach przed otwarciem Muzeum obie strony okopały się na swoich pozycjach i ich zapewnienia o gotowości do debaty, a nawet próby jej zorganizowania były raczej zabiegami na użytek bieżącej polityki i odbioru medialnego.

O konflikcie politycznym wokół Muzeum napisano już wiele, często bardzo emocjonalnych i wzajemnie krzywdzących opinii. Jest on dla mnie najmniej zajmującym aspektem sporu o Muzeum, choć oczywiście w decydujący sposób wpłynie na jego dalsze losy.

Bardziej interesuje mnie jakość przedsięwzięcia: to, z jaką realizowano je do tej pory i to, jak będzie dalej. Sam zamysł stworzenia muzeum  poświęconego II Wojnie właśnie w Polsce był ze wszech miar sensowny. Muzeum, które ogarniałoby całość zagadnień tej wojny w Europie bowiem nie ma. Najszersze ekspozycje, dotykające największej liczby jej aspektów, jak brytyjskie Imperial War Museum, a nawet amerykańskie Muzeum II Wojny Światowej w Nowym Orleanie, pomijają istotną część zagadnień w zupełności, a obszar najintensywniejszego ludobójstwa (niezawężonego do Hokolaustu) i najdłuższych, obfitujących w największe ofiary walk, jakim była Europa Środkowo-Wschodnia – w szczególności.

Zbudowanie takiego muzeum w Polsce pozwalało wreszcie, po wielu dekadach skierowanej głównie do wewnątrz propagandy komunistycznej, a potem bardzo rachitycznej i niekonsekwentnej obecności polskiego głosu w debacie i konstruowaniu międzynarodowej narracji o tej wojnie, bardzo znacząco wesprzeć polski punkt widzenia, a tym samym i polską politykę historyczną.

Muzeum takie mogło powstać równie dobrze w innych, symbolicznych dla II Wojny miejscach w Polsce, których, niestety, zarówno na powojennym terytorium Rzeczypospolitej, jak i na Kresach Wschodnich nie brakuje. Wiele przemawiałoby, oczywiście, za Warszawą, ale i za Bydgoszczą, za którymś z polskich Oradourów i Lidic: Aleksandrowem, Lipniakiem-Majoratem, Sochami, Skłobami czy Krasowem-Częstkami. Mogło też powstać w Piaśnicy czy Palmirach.

Umieszczenie go w Gdańsku jednak broni się doskonale. Nie tylko dlatego, że – jak nie całkiem słusznie utarło się w  powszechnej opinii – tu zaczęła się wojna, ale i dlatego, że Gdańsk, z już istotnym, i to rosnącym ruchem turystycznym, innymi znaczącymi atrakcjami (starówka, ECS, inne muzea, bliskość Sopotu, Gdyni i Kaszub), będąc stosunkowo dobrze skomunikowany krajowo i międzynarodowo, z łatwym dostępem do ważnych miejsc dla tej wojny – Westerplatte, Gdyni, Piaśnicy, Stutthofu, Rejonu Umocnionego Hel, Mniszka-Grupy i kilku innych – daje potencjał na uzyskanie bardzo dużej liczby odwiedzających nie tylko z Polski, ale i z zagranicy. Inaczej rzecz biorąc – daje potencjał dobrego zwrotu z każdej z około poł miliarda zainwestowanych złotówek przez polskich podatników. Zwrotu, rzecz jasna, abstrahując od kryteriów ekonomicznych, w postaci skokowego zwiększenia skuteczności dotarcia polskiej narracji o Drugiej Wojnie.

Muzea poświęcone II Wojnie lub jej istotnym aspektom czy fragmentom interesują mnie od dawna. Większość z tych leżących w Europie niejednokrotnie odwiedziłem, kilka z nich śledzę na bieżąco, a inne odwiedzam w celach kwerend archiwalnych. Za europejskie muzea-referencje – każde w wybranych tylko zagadnieniach II Wojny – należy bez wątpienia uznać wspomniane Imperial War Museum,  francuskie Musée de la Résistance nationale w Champigny  i Centrum w Oradour-sur-Glane, angielski Bletchley Park,  amsterdamskie Muzeum Anny Frank, izraelskie Yad Vashem (pozaeuropejskie, jednakże dotyczące populacji europejskich Żydów). Z pewnością są nimi także liczne muzea niemieckie: Muzeum Wojskowo-Historyczne Bundeswehry w Dreźnie,  obozowe muzea, jak Dachau, Neuengamme czy Sachsenhausen, liczne ośrodki berlińskie, w tym: Muzeum Historyczne, Topografia Terroru, poświęcone niemieckiemu ruchowi oporu Gedenkstätte Deutscher Widerstand (bardziej znane jako Bendlerblock), muzeum w Plötzensee i Jüdisches Museum, austriackie Muzeum Mauthausen-Gusen, a także działające w Polsce Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Auschwitz-Birkenau i w Czechach Památník Lidice. Do mniejszych, ale odgrywających istotną rolę w formowaniu postrzegania II Wojny w Europie należą też amsterdamskie Verzetsmuseum, belgijskie Narodowe Muzeum Ruchu Oporu i Kazerne Dossin w Mechelen, Mémorial de la Shoah w paryskim Le Marais, Centrum Pamięci Holokaustu w Budapeszcie, ośrodek w normandzkim Quineville, austriackie muzeum wojskowe Heeresgeschichtliches Museum.

Wielką rolę w objaśnianiu II Wojny na wschodzie Europy odgrywają najbardziej na kontynencie zideologizowane muzea Wojny Ojczyźnianej w Moskwie i w Mińsku, przy czym żadną miarą nie można ich uznać za pożądane referencje. Ich zasoby i popularność, jednak, każą je traktować bardzo poważnie.

Nie sposób pominąć też najliczniej na świecie odwiedzanych muzeów mających kluczowy wpływ na objaśnianie Drugiej Wojny. Chodzi mi przede wszystkim o dwa ośrodki w Waszyngtonie: Narodowe Muzeum Historii Amerykańskiej i Muzeum Holokaustu. Te dwa obiekty przyciągają rocznie więcej odwiedzających niż wszystkie muzea w kontynentalnej Europie poświęcone tej wojnie i jej ofiarom razem wzięte.

W debacie o gdańskim muzeum najrzadziej, niestety, strony poruszają temat profesjonalizmu i jakości. Profesor Machcewicz bardzo chciałby w tym obszarze swoich oponentów zdeprecjonować, przedstawiając ich pretensje i działania jako nieprofesjonalne i powierzchowne, jednak jego zespół również nie ustrzegł się mniej i bardziej poważnych błędów i uchybień. Nie miejsce tu by omawiać je szczegółowo, lecz konieczne wydaje się wspomnienie choćby o kilku. Wymagania wobec twórców i kierownictwa Muzeum muszą być wysokie nie tylko dlatego, że jego misja ma tak zasadniczy wpływ na kształtowanie pamięci wśród Polaków i efektywności polskiej polityki historycznej za granicą. Chodzi o skalę, o budżet. To najdroższe muzeum w Polsce zbudowane zostało za blisko pół miliarda złotych. Dwukrotnie drożej, niż również umiejscowione w Gdańsku Europejskie Centrum “Solidarności”, pięciokrotnie drożej od Muzeum Chopina i dziewięciokrotnie drożej od Muzeum Powstania Warszawskiego. Nawet szeroko już znany w świecie projekt Muzeum Historii Żydów Polskich był znacznie tańszy (ok. 320 mln).

Muzeum przygotowane pod kierunkiem prof. Machcewicza ma kilka istotnych mankamentów. Można je podzielić na narracyjne, funkcjonalne i zasobowe.

  1. Problemy narracyjne

Zbudowanie wysoce kompetentnego i reprezentatywnego dla wachlarza interpretacji historycznych zespołu twórców i kierownictwa takiego przedsięwzięcia w tej sytuacji należy uznać za absolutnie podstawowe wymaganie. Niestety, nie zostało ono w istotnym stopniu spełnione.

Do Rady Muzeum (a potem do Rady Powierniczej i Kolegium Programowego) weszło wielu wybitnych polskich i zagranicznych historyków, przy czym poważniejsze, kreatywne i operacyjne – a nie tylko doradcze –  doświadczenie w budowaniu komunikacji dużych muzeów mieli tylko profesorowie Izrael Gutman i Andrzej Chwalba. Nie miał go sam prof. Machcewicz. Podkreślę tu, iż czynnikiem t.zw. podstawowej higieny przy tego rodzaju przedsięwzięciach jest tworzenie ich wyłącznie w oparciu o historyków, muzealników i profesjonalistów w dziedzinie komunikacji z wielokrotnie potwierdzonymi osiągnięciami. Owszem, wielkie, nowoczesne muzea potrafią tworzyć i z sukcesem rozwijać nie tylko menedżerowie, ale i historycy sztuki, jak  to w wypadku Muzeum Brytyjskiego czynili i czynią Neil MacGregor i jego następca Hartwig Fischer, tyle że każdy z nich – zanim objął to odpowiedzialne stanowisko – spędził blisko trzech dekad w tym zawodzie, współtworząc mniejsze i mniej skomplikowane muzea i ekspozycje.

Oprócz czołowych historyków w Radzie znalazło się miejsce dla kilku osób mniej, jak się zdaje, kompetentnych w materii budowania ekspozycji dotyczących II Wojny i, szerzej, jakichkolwiek poważnych ekspozycji. Szczególnie zaskakiwać może członkostwo w Radzie Powierniczej gdańskiego wydawcy, p. Grzegorza Fortuny,  z pewnością godnego szacunku współautora albumów z cyklu Był sobie Gdańsk oraz publikacji Wydarzyło się w Gdańsku (obydwie wspólnie z Donaldem Tuskiem). Grzegorz Fortuna od 2008 roku pełnił też funkcję głównego doradcy Prezesa Rady Ministrów, a w 1998 roku został laureatem Nagrody Prezydenta Miasta Gdańska. Nie znalazło się w żadnym z tych ciał miejsce dla któregokolwiek z licznych, poważanych w Polsce historyków, którzy proponowaliby inne rozłożenie akcentów. Dopiero po wyborach 2015 roku wykonano działania, według oponentów pozorowane,  mające zaprzeczyć twierdzeniom o niedopuszczaniu do głosu części środowiska historycznego. Za pośrednictwem bez wątpienia stronniczego w tej sprawie prezydenta Gdańska zaproponowano m.in. prof. Żarynowi debatę, choć jednocześnie zespół Muzeum oświadczał, że jego praca jest skończona i niczego już nie będzie zmieniać.

Prof. Machcewicz akceptował tak skonstruowany zespół i formułę przedsięwzięcia: w poważnym stopniu zamkniętą na szeroką debatę i możliwość wypracowania narracji uwzględniającej wachlarz historycznych interpretacji w Polsce. Tym bardziej dziwić muszą jego niefortunnie wypowiedzi o rzekomym zaskoczeniu skróceniem jego kadencji w efekcie zmian prawnych dotyczących Muzeum jako podmiotu, która miała gwarantować autonomiczność zespołu. Sam profesor Machcewicz swoimi osobistymi wyborami również nie przyczynił się do budowania owej autonomiczności zespołu, przyjmując funkcję głównego doradcy w Gabinecie Politycznym Prezesa Rady Ministrów i  kandydując w 2007 roku z rekomendacji PO do Kolegium IPN.

Tyle o zespole. Każde podobne, wielkie przedsięwzięcie muzealno-wystawiennicze od wielu dekad nie może odbyć się bez udziału profesjonalistów w zakresie kreacji i komunikacji, ostatnio włącznie z zintegrowaną strategią komunikacji in-situ i medialną.

Przy tak dużym budżecie dysponowano niewątpliwie środkami wystarczającymi na zlecenie tej szalenie ważnej części zadania czołowym profesjonalistom z doświadczeniem w najlepszych muzeach świata. Zaliczają się do nich głownie firmy anglosaskie, jak Medesign, Metaphor, Gallagher & Associates, Met, Event Communications (wybrana przez Muzeum Historii Żydów Polskich), HealeySharpe, SauerbruchHutton. W ostatnich latach najwięcej nowych projektów muzealnych pojawiło się w Niemczech, stąd rosnąca reputacja takich agencji, jak Atelier Brückner, Heinle, Wischer & Partner, czy  Thoma+Schekorr.

Żadna z tych firm nie otrzymała zlecenia. Kontrakt wygrała  w 2009 roku belgijska firma Tempora, zostawiając w polu między innymi HealeySharpe i kilka mniej znanych, w tym także polskich agencji.

Przewodniczący sądu konkursowego, wybitny, lecz nie posiadający doświadczenia w muzealnictwie i współczesnej interaktywnej, multimedialnej komunikacji artysta, Andrzej Pągowski, powiedział, że “o zwycięstwie Belgów zdecydowało zaplanowanie w przestrzeni wystawy miejsc edukacyjnych przeznaczonych dla dzieci. To była chyba jedyna praca, w której pomyślano o dzieciakach, o ich edukacji.” Brzmi to bardzo powierzchownie i mało przekonująco. Szczególnie wziąwszy pod uwagę jak wtórne są gry i zadania proponowane dzieciom w otwartej niedawno wystawie. Być może jurorom zabrakło wizyt referencyjnych w czołowych muzeach, w każdym razie sukces niezbyt znanej poza Belgią firmy może zaskakiwać. Poza znacznie skromniejszymi projektami lokalnymi na koncie (m.in. praca dla muzeum Bastogne i realizacja scenografii memoriału bitwy pod Waterloo) Tempora nie może pochwalić się nawet jednym porównywalnym projektem do wyżej wymienionych anglosaskich specjalistów pracujących dla British Museum, Imperial War Museum, Tate Modern i wielu innych ze światowej czołówki. Firma ta za to bez wątpienia jest lubiana przez europejską centralę. Przy jej współfinansowaniu znalazła niedawno pracę nad projektem Muzeum Europy w Brukseli, przy wystawach takich, jak  Europa – to nasza historia! oraz Islam – to także nasza historia. Tylko w Polsce posypały się kontrakty dla najwyraźniej posiadających klucz do polskiego rynku Belgów, że wymienię Centrum Historii Ostrowa Tumskiego i Muzeum Pamięci Sybiru.

Czy ograniczone doświadczenie belgijskiej firmy miało znaczący wpływ na jakość komunikacji i klarowność narracji trudno mi oceniać, jednak każdy kto zarządzał większym przedsięwzięciem doskonale wie, że jakość traci się podejmując nieoptymalne decyzje cząstkowe. W wypadku Muzeum mamy do czynienia z zespołem po raz pierwszym postawionym przed tak wielkim, wymagającym zadaniem i niezbyt renomowaną firmą, której zlecono wykonanie projektu wykonawczego głównej ekspozycji. To niedobra kombinacja, zazwyczaj poważnie zwiększająca ryzyka projektu.

Jednym z głównych celów Muzeum – jak to określały zasadnicze dokumenty przedsięwzięcia – było “pokazanie światu doświadczenia wojennego Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, pod wieloma względami odmiennego i mało znanego w Europie Zachodniej i w krajach pozaeuropejskich”. Myślę, że pod tym sformułowaniem podpisują się bez wyjątku także krytycy prof. Machcewicza kojarzeni z obecną ekipą rządzącą.

Nie komentując stopnia szczegółowości recenzji i innych przejawów krytycznych opinii o narracji Muzeum chciałbym przychylić się do kilku ocen i konkluzji, które krytyka ta wyraziła w sposób mniej lub bardziej koherentny.

Pierwszą i najważniejszą z nich jest postulat bardziej konsekwentnego komunikowania wyjątkowości sytuacji Polski w II Wojnie. Chodzi , oczywiście, o wyjątkowość – i jej tragizm – wynikające z faktu, iż Polska jako jedyny kraj w Europie została zaatakowana i nieporównanie wiele ucierpiała z rąk dwóch głównych wrogów w tej wojnie – Niemiec i sowieckiej Rosji, którzy tylko na jej terenie działali przez dwa lata jako sojusznicy, a przez resztę czasu wojny jako wrogowie. Że na jej terytorium życie straciła większość żydowskich i cygańskich ofiar Holokaustu. Że jej ofiary cywilne i wysiłek wojskowy (siły zbrojne i ruch oporu) były nieporównywalne z większością zaatakowanych i okupowanych państw. Wreszcie, że żadne europejskie państwo nie straciło – w wyniku działań III Rzeszy, ale i ZSRR – tak ogromnej proporcji swojej inteligencji.

Jest to argument o tyle słuszny, że poza Polską o tej wyjątkowości wiedza jest żadna lub bardzo powierzchowna. Problem ten dotyczy całej Europy Zachodniej, Izraela i Ameryki, choć w mniejszym stopniu Niemiec, a w większym innych krajów. Obejrzałem ekspozycję dwukrotnie i byłbym skłonny zasadniczo przychylić się do opinii krytyków. Bez wątpienia nie ustawiono punktu ciężkości  przekazu w taki sposób, by zwiedzający wychodził (t.zw. key messages, visitor’s takeaway)  z takim przekonaniem. Uniwersalizm, o którym prof. Machcewicz dużo i przekonywująco mówi, nie został tu zaprzężony do osiągnięcia skuteczności przekazu.

Do pozostałych kwestii wartych głębszej analizy zaliczyłbym brak zachowania proporcji w przedstawieniu ofiar obydwu totalitaryzmów (o ile ideologie III Rzeszy i sowieckiej Rosji zostały pokazane w sposób zrównoważony, o tyle ofiary obydwu tych systemów już nie). Również determinująca powojenny los Polski i jej podziemia niepodległościowego rola sowieckiej Rosji pozostaje w głębokim tle głównych osi przekazu.

Ofiary polskiej wsi: pacyfikacji (z wielokrotnie przecież większą liczbą ofiar niż wszystkich państw Europy Zachodniej i Środkowej razem wziętych), wywózek do  obozów i na roboty, akcji przeciwpartyzanckich (oraz nieznanych w Europie Zachodniej represji za ukrywanie Żydów, żołnierzy ruchu oporu, lotników), wypędzeń, germanizacji dzieci, kontyngentów, rabunku, drenażu finansowego – stanowią główną kategorię polskich strat. Terror i degradacja jakiej poddał okupant polską wieś pozostaje mało znanym zjawiskiem, również wśród młodszych Polaków. Narracja, owszem, zawiera w różnym stopniu wszystkie te elementy, lecz przyjęte proporcje wobec innych, licznych przecież tragedii ludności cywilnej powodują jej rozmycie. Odniosłem ponadto wrażenie, że twórcy ekspozycji mniej lub bardziej świadomie (a może pod wpływem Tempora S.A.) ulegli dominującemu od kilku dekad trendowi “umiastawiania” narracji muzealnych (urban issues, urban experience) w celu ułatwienia odbioru przekazu przez niemal zupełnie zurbanizowane społeczeństwo. Polskie doświadczenie w tym zakresie, jak wiadomo, jest zupełnie inne – podczas wojny mieszkańcy wsi stanowili 76% populacji Polski, a i dziś ludność wiejska sięga 40% całości. Polskie doświadczenie wojenne to w przeważającej mierze doświadczenie mieszkańców wsi, głównie polskich chłopów i Żydów. Zrealizowana narracja tego nie przekazuje. Mam wręcz wrażenie, iż fenomen ten nie został nawet oddzielnie przeanalizowany i potraktowany w jej przygotowaniu.

Podobnie, jak się wydaje, analizy przez szerszy, bardziej reprezentatywny zespół historyków wymagają przedstawienie Intelligenzaktion oraz wysiłku wojennego Polski (kampania wrześniowa pokazana jest niedbale, jakby zabrakło w zespole kompetentnego historyka wojskowości lub go zmarginalizowano), dość szeroko krytykowana, bardzo wybiórcza prezentacja roli Kościołów i niemal całkowicie pominięte zagadnienia doskonale zorganizowanej, niebywałej, materialnej i finansowej eksploatacji zasobów Polski przez III Rzeszę.

Muzeum brakuje też moim zdaniem miejsca lub obiektu ogniskującego kluczowe element narracji. Czegoś, co potem pojawia się nie tylko we wspomnieniach, ale dzielone jest – w setkach tysięcy, bywa że w milionach – na portalach społecznościowych i w rozmaitych aplikacjach komunikacyjnych. Jak Wielki Dziedziniec w British Museum, jak Blitz i Wieża Holokaustu Libeskinda w berlińskim Muzeum Żydowskim, jak Spitfire w nowej koncepcji Foster & Partners dla Imperial War Museum, czy jak Wieża Twarzy w USHMM.

Dobrze wybrany focal point jest wart więcej niż tysiąc metrów przestrzeni ekspozycyjnej i setki żmudnie pozyskiwanych eksponatów. Niestety, nie został do tego wykorzystany ani wspomniany bucik dziecka z masakrowanej Woli, ani – niepozyskany do ekspozycji –  jeden z setki kominów, który można było pozyskać w oryginale (inaczej niż to było z przemalowanym na barwy 1 Dyw.Panc. amerykańskim Shermanem) z jednej z blisko tysiąca spacyfikowanych polskich wsi.

  1. Problemy funkcjonalne i infrastrukturalne

Pobieżnie rzecz ujmując, jak się wydaje, do dziś zauważonymi przez odwiedzających problemami są zła nawigacja wokół i w samym gmachu Muzeum (strażnicy już mają serdecznie dość informowania zirytowanych ludzi jak się dostać na ekspozycję i którędy z niej się wydostać), a także marne wykonanie nawierzchni wokół budynku, co pokazuje dziesiątkami sztuk wypadająca lub wystająca jak niezamierzone potykacze kostka. To niedostatki łatwe do poprawienia.

  1. Problemy zasobowe

Twórcy, z ich niezwykłą ambicją opowiedzenia Drugiej Wojny z perspektywy ludzi z różnych biorących w niej udział krajów (za to bym ich nie krytykował), pokazali w marcu ekspozycję ze stosunkowo skromnym – wziąwszy pod uwagę przestrzeń i budżet – zasobem oryginalnych eksponatów. To stan rzeczy na dziś, jednak przy właściwym zdefiniowaniu celów działania i dobrej organizacji pracy ten element powinien ulegać stopniowej poprawie.

Muzeum ma jednak również niezaprzeczalne atuty.  Jak wspomniałem, sam pomysł jego powołania i cel jakiemu ma służyć są wielkim potencjałem, częściowo tylko dziś wykorzystanym, dalej jednak otwartym. Ma wciąż wszelkie szanse by stać się najważniejszym w Europie muzeum opowiadającym ten konflikt i katastrofę.

Ten potencjał ma solidne wsparcie w architekturze obiektu, jego rozmiarze (sercem Muzeum jest wystawa główna, zajmująca powierzchnię niemal 5 tys. m.kw., co czyni ją jedną z największych na świecie), wielofunkcyjności, elastyczności i konsekwencji wykonania. Przestrzeń je otaczająca także daje dodatkowe możliwości. Mogłoby, notabene, tylko jeszcze więcej zyskać dzięki “satelitom” w postaci Westerplatte, Stutthofu, Piaśnicy, Poczty Gdańskiej, Rejonu Umocnionego Hel i kilku innych (swoją drogą, jeśli pominąć względy taktyki politycznej zaangażowanych w konflikt, niezrozumiała jest niechęć dotychczasowego zespołu Muzeum wobec pomysłu rozszerzenia go o inne lokalizacje. Imperial War Museum ma swoje dodatkowe placówki w Duxford, Manchesterze i na Tamizie w postaci krążownika HMS Belfast, które dzięki zainteresowaniu generowanemu w głównym, londyńskim obiekcie, są odwiedzane w ramach bezpośrednich i pakietowych wizyt przez klientów, którzy inaczej by do nich nie trafili, jednocześnie pogłębiając przekaz całego przedsięwzięcia).

Efektywne użycie plakatu w narracji jest już dziś bardzo mocną stroną wystawy, a w związku z celami Muzeum, wśród których objaśnienie losu Polski zaatakowanej przez dwa totalitarne mocarstwa ma pierwszorzędne znaczenie, rozwój tego zasobu daje dalsze możliwości, a to ze względu na kluczowo rolę masowej, wizualnej propagandy wdrożonej przez obydwu totalitarnych sprawców tej wojny.

Gdyby podchodzić do rzeczy profesjonalnie (nie tyle w obszarze historii i muzealnictwa, a pod kątem zarządzania skomplikowanymi przedsięwzięciami) należałoby proponować stronom tej emocjonalnej i politycznie motywowanej debaty uzgodnienie współpracy w ramach procesu obejmującego następujące etapy:

– uzgodnienie interpretacji założeń programowych Muzeum włącznie ze zdefiniowaniem kluczowych terminów i priorytetów narracyjnych

– szczegółowe spisanie rozbieżności i ogłoszenie ich publicznie

– przekazanie ww. rozbieżności do  analizy  przez jednogłośnie zestawione zespoły ekspertów, których rekomendacje zostaną poddane ocenie przez reprezentatywną, poszerzoną o polskich historyków i włączającą kilku nowych, doświadczonych muzealników zagranicznych Radę Powierniczą

– publiczne przedstawienie rekomendacji Rady Powierniczej > Poszerzenie obecnego zespołu Muzeum o osoby gwarantujące zrównoważone wdrożenie rekomendacji.

Proces taki, rzecz jasna, nadal byłby zakłócany przez czynniki polityczne i media, jednak jego publiczne i eksperckie przeprowadzenie zminimalizuje ryzyko zewnętrznych interwencji i zdominowanie procesu przez część zespołu o określonych poglądach politycznych / preferencjach interpretacyjnych.

Cynicy, a może raczej doświadczeni obserwatorzy, uznają powyższe za mrzonki. Mimo to, w związku z tym, że inicjatywa leży po stronie MKiDN, uważam, iż przeprowadzając taki proces ministerstwo mogłoby zarówno odnieść sukces polityczny, jak i zoptymalizować narrację Muzeum z punktu widzenia interesów (uprzednio jasno zdefiniowanych i przyjętych przez ww. zespół) polskiej polityki historycznej.

Sukces polityczny polegałby na tym, że w przeciwieństwie do modus operandi zespołu prof. Machcewicza, proces ten obejmowałby szerokie, reprezentatywne grono historyków i byłby w pełni przejrzysty. Wszyscy zainteresowani nim komentatorzy siłą rzeczy porównywaliby go z bardziej jednostronnym i częściowo zamkniętym na szeroką debatę przedsięwzięciem poprzedników. Sukces merytoryczny w postaci szeroko przedyskutowanej i w sposób transparentny uzgodnionej narracji pozwoliłby na poprawę narracji, jak i dałby znacznie większe szanse na stabilne funkcjonowanie Muzeum w kolejnych latach i zajęcie przez nie pierwszorzędnego miejsca wśród europejskich muzeów kształtujących postrzeganie II Wojny.

Wbrew podgrzewanym przez liczne media emocjom pozycje historyków nie są tak dramatycznie od siebie odległe. Profesor Żaryn podkreśla, iż „(…) nowi włodarze, nie powinni zbyt pochopnie zmieniać wszystkiego tylko dlatego, że nie oni to zrobili. Wystawa główna pozwala bowiem prowadzić rzeczowy dialog na temat celów tej ekspozycji”. Bardzo wyważone stanowisko zajął prof. Andrzej Nowak, który wraz z Timothy Snyderem napisał w tej sprawie krótki list pozbawiony uproszczonych ocen i dramatycznych wezwań. Dobrze, choć bez głośnych pochwał, został on przyjęty przez część historyków współpracujących z prof. Machcewiczem.

Najbliższy czas pokaże, czy politycy i historycy w Polsce są zdolni do przeprowadzenia żmudnego, wymagającego asertywności, spokoju i wzajemnego szacunku procesu. Czy deklarowana obustronnie gotowość do kompromisu i wzgląd na długofalowy interes państwa pozwolą im dokonać rzeczy podobnej, choć nie aż tak trudnej, jaką w Niemczech był kompromis CDU i SPD w sprawie Centrum przeciwko Wypędzeniom?

 

Tomasz Kaźmierowski

Autor jest prezesem Fundacji Identitas. Ostatnio wydał „Winnik. Krople z podróży” (NoArt, 2017) i „Podróże z kwasem, garbnikiem i słodyczą” (Zysk & S-ka, 2016). Publikuje w publicrelations.pl, okazjonalnie zaś w magazynie „WINO” i tygodniku „Do Rzeczy”. Prowadzi bloga kroplezpodrozy.pl

 


 

skrócona wersja z maja 2017 z „Do Rzeczy” tu :  wojna o muzeum wojny

 

 

 

 

 

 

 

 

Polub nas i śledź na: