Od moczarów Elfmorgen na wschodzie badeńskiego Karlsruhe w kierunku centralnie położonego pałacu biegnie Gerwigstrasse. Po wojnie w tym położonym w amerykańskiej zonie, mocno zniszczonym mieście znalazło schronienie więcej Niemców ze Śląska, niż z pobliskiej Alzacji. Miasto bardzo zubożało i odbudowywało się wolniej niż wiele innych w Badenii-Wirtembergii. Jednak właśnie w Karlsruhe, nie później niż w 1947 roku, otworzyła swoją raczej skromną siedzibę, z wejściem od podwórza, firma Zimmerle & Co, producent rolet. Wiele powstałych wówczas firm dziś stanowi o bogactwie regionu, ale nie Zimmerle.

Ta firma była jedynie „przykrywką” dla powołanej przez t.zw. Organizację Gehlena zakamuflowanej komórki kontrwywiadowczej, Dienststelle 114. Komórka ta szybko zatrudniała setki ludzi, równie ciekawych, jak jej wywiadowcza firma-matka, sama licząca kilka tysięcy specjalistów. Umiejscowiona w ośrodku w Pullach (wcześniej miejscu spotkań bonzów NSDAP) Organizacja Gehlena, podobnie jak i Dienstelle 114, nie mogłyby działać, gdyby nie dyskretna opieka CIA i, od 1949 r., przymknięte oko władz RFN. Służba wywiadowcza Bundesrepubliki, BND (Bundesnachrichtendienst), miała przecież powstać dopiero w 1956 roku. Tajne służby jednak nie znoszą próżni, szczególnie w czasach takiego napięcia, jak okres Zimnej Wojny.

Choć umowa z Amerykanami przewidywała, iż Gehlen nie będzie rekrutował zbrodniarzy i, szerzej, ludzi Himmlera z RSHA, to stosował się do tego zobowiązania przez bardzo krótki czas. Szybko na ważnych stanowiskach Organizacji i Dienstelle 114 pojawili się zbrodniarze, i to wielkiego kalibru.

Sama Dienststelle 114 była zarządzana przez Alfreda Benzingera, wcześniej funkcjonariusza nazistowskiej Tajnej Policji Polowej (Geheime Feldpolizei). Ta podlegająca Abwehrze formacja tajnej policji w swej masie nie była rekrutowana spośród żołnierzy, a głównie z szeregów Gestapo i Kripo. Do jej zadań należało zwalczanie szpiegostwa i sabotażu w strukturach Wehrmachtu. Słynęła z brutalnych przesłuchań jeńców wojennych i szpiegów.

W Organizacji lub we włączonej do niej później Dienststelle 114 kierownicze stanowisko objął także niedawny SS-Oberführer Wilhelm Kirchbaum, w czasie wojny dowódca tejże Tajnej Policji Polowej. Pracę znaleźli ponadto u Gehlena tacy specjaliści z SS i SD, jak Konrad Fiebig, oskarżony między innymi o mord 11 tys. białoruskich Żydów, Walter Kurreck, oficer zbrodniczej Einsatzgruppe D, Georg Wilimzig, szef Einsatzkommando IV/2 winien śmierci tysięcy polskich cywilów czy Johannes Clemens, znany szerzej jako “Tygrys z Como”, współsprawca masakry w Rowach Adreatyńskich. Nawet tak prominentni zbrodniarze jak zastępca Eichmanna Alois Brunner, “Rzeźnik Lyonu”, SS-Sturmbannführer Klaus Barbie czy SS-Brigadeführer Franz Alfred Six, winien masowych zbrodni na Żydach i jeńcach wojennych oraz SS-Sturmbannführer Emil Augsburg (specjalista w sprawach polskich) znaleźli w Organizacji Gehlena nie tylko bezpieczną przystań, ale i nowe, odpowiedzialne zadania. Brytyjska prasa szybko nadała jej trafny epitet – “Gestapo boys”, jednak trudno się dziwić, że w Niemczech akurat ta marka się nie przyjęła.

Reinhard Gehlen, człowiek służb, który przez całe zawodowe życie bardzo dbał o dyskrecję, pozostaje znany szeroko jako oficer, w końcu generał i kierownik Wydziału Sztabu Generalnego Fremde Heere Ost (FHO), wywiadu wojskowego “Wschód” w latach 1942-1945 oraz jako twórca i długoletni szef Organizacji Gehlena i BND. Ten nieprzeciętny człowiek, wychowany w rodzinie dolnośląskiego wydawcy, wcześniej majora kajzerowskiej artylerii, był i jest postrzegany jako pruski narodowiec-konserwatysta. Jedynie wąska grupa badaczy ma świadomość, iż Gehlen już w 1937 roku był SS-Sturmbannführerem, a od wiosny 1942 r. jego kluczowym partnerem – bywało, że konkurentem, acz zaskakująco lojalnym – był Walter Schellenberg, szef wywiadu SS, najbliższy zaufany Himmlera. W wielu wysokiej wagi sprawach Schellenberg i Gehlen występowali razem. Tak było na przykład z projektem utworzenia antystalinowskich oddziałów z milionowej rzeszy sowieckich jeńców (t.zw. Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej, a następnie Sił Zbrojnych Komitetu Wyzwolenia Narodów Rosji), który – wobec oporu Hitlera, części oficjeli i generałów – nabrał kształtów dopiero po poparciu Własowa przez Himmlera.

Gehlen aktywnie współpracował z Schellenbergiem również po 20 lipca 1944, kiedy to wywiad SS przejął Abwehrę kierowaną przez admirała Canarisa, a niektórzykoledzy Gehlena ze sztabu byli torturowani i skazywani na śmierć.

Nie ulega wątpliwości, że podobnie jak Heusinger (późniejszy Generalny Inspektor Bundeswehry), którego sciągnął do Organizacji, Gehlen akceptował zbrodniczy sposób prowadzenia wojny, współpracował z najbardziej zbrodniczymi dowódcami, miał pełną orientację w kwestiach traktowania jeńców i ludności cywilnej, jak i stosowania taktyki spalonej ziemi i jej następstw dla mas mieszkańców.

Z oddaniem kierował FHO niemalże do samego końca, za co dwukrotnie, w grudniu 1944 r. i w początku kwietnia 1945 r. go awansowano, najpierw do stopnia generała-majora, a następnie generała-porucznika.

Dienststelle 114, kierowane przez zwanego „Tłuściochem” Benzingera, zajmowało się nie tylko kontrwywiadem i monitorowaniem lewicowców. Najbardziej zaufanych ludzi, w tym Benzingera, Gehlen wykorzystywał także do rozmaitych, zazwyczaj bardzo ogólnie nakreślonych prac koncepcyjnych.

Jednym z trudnych wyzwań dla odradzających się Niemiec Zachodnich było rosnące odium niemieckiej odpowiedzialności za Holokaust. U progu 1956 roku właśnie Alfred Benzinger miał wymyślić „polskie obozy koncentracyjne” i sugerować delikatne propagowanie w mediach terminu „polskie obozy koncentracyjne” w sytuacjach, gdy kwestia dotyczyła niemieckich obozów na terytorium okupowanej Polski. Jeśli fakty te znajdą potwierdzenie w rezultacie prac niemieckich historyków badających obecnie archiwa BND, to bez wątpienia wykoncypowanie tak skutecznej semantycznej manipulacji stanie się sensacyjnym wątkiem nie tylko historycznych publikacji. Skuteczność domniemanego wynalazku Benzingera wzmógł fenomen powolnego przepoczwarzania się w światowych mediach “niemieckich zbrodni” w “zbrodnie nazistowskie”, w znacznym stopniu podyktowany niechęcią obydwu obozów Zimnej Wojny do nadmiernego obciążania swoich nowych sojuszników, dla jednych – RFN, dla drugich – NRD. I to zjawisko, podobnie jak “geograficzny skrót myślowy” w wypadku “polskich obozów”, miało u źródła przekonywający powód: to przecież niemiecka antyhitlerowska emigracja rozpropagowała w prasie anglosaskiej nazywanie swoich przeciwników terminem “Nazis”.

Nie ulega watpliwości, że wśród zadań powojennej niemieckiej polityki zagranicznej odbudowywanie dobrego wizerunku przez Niemcy zajmowało priorytetowe miejsce. Brali w tym aktywny udział agenci BND, że wspomnę choćby arcyważną misję Vogla do Ben Guriona, prowadzoną na bezpośrednie zlecenie Adenauera. W tym właśnie okresie, ledwie piętnaście lat po wojnie, podczas nowojorskiego spotkania w Waldorf-Astoria i potem, Ben Gurion zaaprobował stosowanie do niemieckich zbrodni określenia “Nazi”, stawiając “nazistów” w ostrym kontraście do Adenauera, Globkego (którego przeszłość znał) i “nowych Niemiec”. Ostra krytyka z jaką spotkał się za to w Izraelu była dla premiera mniej istotna, niż wsparcie finansowe i dostawy uzbrojenia z RFN, jakie jego ekipa wynegocjowała z Adenauerem i Straussem, tak potrzebne zagrożonemu, młodemu państwu.

Jak wspomniałem, termin “Nazi” (wiadomo o jego użyciu w Niemczech już w początku XX wieku) do mediów amerykańskich wprowadzili przedstawiciele antyhitlerowskiej emigracji, którzy znaleźli schronienie w Ameryce. Ich uwrażliwienie na konieczność oddzielenia III Rzeszy i rządów NSDAP od Niemiec i Niemców jako takich wydało się dziennikarzom i wydawcom zupełnie zrozumiałe, nawet jeśli poparcie dla Hitlera przed wojną i w jej trakcie osiągało niespotykane dla przywódców epoki weimarskiej poziomy. Zachodnioniemieckie media podjęły użycie tego słowa dopiero z końcem lat 40-ych, jednak nigdy nie znalazło ono w Niemczech tak masowego i bezrefleksyjnego zastosowania, jak w Ameryce i Europie Zachodniej, co w dużym stopniu jest zasługą większości niemieckich historyków konsekwetnie używających w niemieckojęzycznych publikacjach i wewnątrzniemieckiej debacie precyzyjnego terminu “Nationalsozialisten” dla członków NSDAP (który z kolei liczni lewicowi publicyści najchętniej by pogrzebali) i “Drittes Reich” lub “NS-Staat” dla państwa-sprawcy.

Propagandyści RFN, ci z mediów, rozmaitych fundacji kulturalnych i naukowych, ministerstwa spraw zagranicznych i z wywiadu bez wątpienia już od wczesnych lat rządów Adenauera widzieli wartość w stymulowaniu zastąpienia przymiotnika “German” przez “Nazi”. Świadczą o tym i skrupulatne przedruki wypełniających to zadanie, pełnych uproszczeń publikacji mediów anglosaskich, i dostępne relacje z interakcji niemieckich polityków z zagranicznymi partnerami (szczególnie amerykańskimi i izraelskimi), a wreszcie publikacje bardzo wpływowego Niemieckiego Instytutu Historycznego w Waszyngtonie (z tytułami takimi jak np. “The Consequences of Nazi Hegemony for Europe”, “The American Debate on Nazism”, “Coping with the Nazi Past”, “Nazi Crimes and the Law”). W samych Niemczech, po wielkim sukcesie amerykańskiego serialu “Holocaust” w 1979 roku i przeprowadzonych krótko potem badaniach opinii niemieccy historycy nie dawali wiary jak wielu Niemców identyfikowało “Nazi crimes” i “NS-Verbrechen” z Polakami.

Jak wspomniałem, autorstwo Benzingera w kwestii “polskich obozów” wzbudza wątpliwości. Głównym źródłem informacji pozostają dwaj byli pułkownicy enerdowskiego wywiadu, Klaus Eichner i Gotthold Schramm, którzy na różnych etapach swojej kariery rozpracowywali BND, a po 1989 r. związani byli z lewicowymi Die Linke i postkomunistyczną PDS. Nieliczne opinie historyków w tej sprawie są pełne ostrożności, zaś niemiecka prasa ocenia wiarygodność publikacji Eichnera i Schramma rozmaicie, od pozytywnego odbioru przez Süddeutsche Zeitung , po pełen wątpliwości Berliner Zeitung. W Polsce ostatnio wypowiedział się w tej sprawie profesor Krzysztof Ruchniewicz, dość zdecydowanie kwestionując rolę Benzingera i protoplastów BND w ogóle. K.Ruchniewicz, historyk Uniwersytetu Wrocławskiego, dyrektor Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich im. Willy’ego Brandta, członek rady naukowej Fundacji “Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”, zwrócił się z pytaniem w tej sprawie do wspomnianej, pracującej od kilku lat niemieckiej komisji historyków powołanej do zbadania historii i związków niemieckich służb z narodowym socjalizmem. Jak napisał wrocławski historyk – “odpowiedź była negatywna“. Odnoszę wrażenie, że to co najmniej nazbyt pośpieszne zamknięcie sprawy, sprawiające wręcz wrażenie jak gdyby było obliczone na usunięcie tego tematu z gorących, niestety, nader powierzchownych i emocjonalnych, dyskusji ostatnich tygodni. Niektórzy komentatorzy zwracają ponadto uwagę na użycie terminu “polskie obozy” przez Jana Karskiego w artykule dla “Collier’s”, Zofię Nałkowską w “Medalionach” czy we wspomnieniach Eugene’a Weinstocka, nie zawsze, niestety, zauważając, że autorzy ci nie pozostawiali w swoich tekstach wątpliwości co do organizatorów, zarządców i sprawców.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że liczni niemieccy historycy od niemal dwóch dziesięcioleci walczą o nieograniczony dostęp do akt BND i jej protoplastów. Wydawało się w 2004 i 2005 roku, że dostęp do nich uzyska szanowany historyk Gregor Schöllgen, jednak federalny urząd kanclerski ostatecznie uniemożliwił mu to.

W drugim podejściu wiele z warunków stawianych wcześniej przez Schöllgena zostało zaakceptowanych. Od paru lat czworo niemieckich historyków – Jost Dülffer, Klaus-Dietmar Henke, Wolfgang Krieger i Rolf-Dieter Müller – wraz grupą badawczą mozolnie wgryza się w ogromny zasób. Jedynym, acz pojemnym interpretacyjnie ograniczeniem swobody pracy historyków jest warunek “nienaruszenia interesów bezpieczeństwa Republiki Federalnej i praw osobowych”.

Oprócz tego ograniczenia nie sposób nie wspomnieć o wielokrotnie w Niemczech omawianej niekompletności akt tego zasobu. W nieznany opinii publicznej i historykom sposób przez dziesięciolecia znikały tak z zasobu papierowego, jak i z komputerów fragmenty tajnych akt, jak choćby w głośnej sprawie Aloisa Brunnera, wspomnianego zastępcy Eichmanna. Należy raczej przyjąć, że ani profesor Ruchniewicz, ani nikt inny jeszcze co najmniej przez jakiś czas nie będzie mógł kategorycznie ocenić domniemanego zaangażowania Benzingera w kwestię “polskich obozów”, jak i stopnia, w jakim Organizacja i BND wspomagały narracje ukierunkowane na “podzielenie się winą” i poradzenie sobie z przeszłością. Tym cenniejsze, nawet jeśli nieco spóźnione, są niedawne oświadczenia Sigmara Gabriela i Angeli Merkel, którzy nie pozostawiają watpliwości w kwestii odpowiedzialności za obozy III Rzeszy.

Ludzie Gehlena i Benzingera w przeważającej opinii establishmentu samej RFN lat 60-ych i 70-ych nie mieli wielkich osiągnięć, szczególnie w walce z wywiadem sowieckim, który szantażując licznych byłych esesmanów w szeregach Organizacji skutecznie dezinformował ją i destabilizował, a w oczach wielu nawet ośmieszył.

Gdyby jednak Benzinger i Gehlen żyli do dziś, na przełomie stycznia i lutego 2018 roku być może gratulowaliby sobie zbiorów tego powojennego zasiewu. Jak wiadomo late harvest bywa zaskakująco słodki.

 

 

tekst także w tygodniku „Do Rzeczy”: https://dorzeczy.pl/historia/56709/Gestapo-boys-i-polskie-obozy.html
Polub nas i śledź na: