Broadway, jak i inne miasteczka Costwolds, przez wieki bogaciło się pod panowaniem starej post-normandzkiej kasty dzięki eksportowi miejscowej wełny, głównie do Niderlandów i Flandrii, oraz handlowi tekstyliami. Pobliskie stocznie i porty w Gloucester i Bristolu miały swój niemały udział w złamaniu morskiej dominacji Hiszpanów, a potem, z powstaniem „trójkątnego handlu”, budowały okręty, na których broń, narzędzia i beczki rumu płynęły do Afryki, stamtąd wiozły Afrykanów do Nowego Świata, by wrócić z bawełną, cukrem, ryżem, tytoniem, rudą żelaza, drewnem, futrami i czym tam jeszcze do bebechów światowego przemysłu – Anglii.
Moim oparciem, a i pełnym ironii adwokatem diabła w wędrówkach po Cotswolds jest od dwudziestu lat Peter Asphar, przyjaciel i nietuzinkowy przewodnik, aktor teatrów szekspirowskich, podróżnik, niemożebny dyslektyk i najzawziętszy rowerzysta. Do dziś jeździ setki kilometrów po ukochanej Francji bicyklem, śpiąc nierzadko pod przydrożnym drzewem, strasząc porannym chrapaniem francuskich myśliwych.

 

Tylko Anglik, a może Anglik bardziej znany z powieści, niż, powiedzmy, z trybun Anfield Road , biur Canary Warf, czy galerii handlowej Westfield, potrafi tak bezpretensjonalnie i zupełnie mimochodem podprowadzić pod okoliczne little marvels.

Pozostałości rzymskich willi, z terakotą pod mchem, niepozorne wzniesienia, z których nagle uderza studnia widokowa doliny rzeki Severn, kończąca się gdzieś pod Gloucester, a po większym łyku Cotswolds Vodka (jest takowa!) wspartym odrobiną fantazji – pod irlandzką latarnią Galley Head, a nawet w Bostonie, czy wyłaniające się w najmniej spodziewanych miejscach średniowieczne opactwa i kościoły z zaskakującym bogactwem zbiorów – wszystko jest, że pożyczę od  Wellingtona, pod drugiej stronie wzgórza.
Wystarczy zmoczyć buty w niemal zawsze wilgotnej trawie, spalić pajntę piwa i venison sausage wchłonięte w pobliskim „White Hart” (Winchcombe) podczas pozwalającej na nieprzerwaną rozmowę łagodnej wspinaczki na kolejny wzgórek, by wpaść w nową studnię : czasem wspomnienie tragedii, czasem komedii, najczęściej zaś imponujący pomnik angielskiego umiarkowania.

Miejscowi uważają, że najprawdziwiej  opisywał Costwolds jego mieszkaniec, Laurie Lee. I cydr, i owce, i głazy, i rodzące się na skąpanym w  słońcu wapieniu miłosne pokusy,  i ta pogoda, którą z całej Walii, Irlandii i Bretanii wwiewają w tutejsze lilipucie doliny południowo-zachodnie wiatry :  jak się dowiedziałem od właściciela położonego gdzieś na północnych obrzeżach Gloucester  pubu „do lat 70-ych telewizja nie była tu specjalnie popularna, bo w pogodzie za oknem działo się zawsze tyle i w takim pośpiechu, że i Simon Templar nie wytrzymywał konkurencji”. Lista byłaby niepełna, dla wielu wręcz nic nie warta jeśli nie dodałbym pubów, które są tu bardzo różne od miejskich przybytków;  swojskie, rozleniwiająco zapóźnione, półgębkiem filozoficzne, wtopione w krajobraz lepiej niż owce, których jednak coraz tu mniej. Pubem Lee był słynny „Woolpack” w jego Slad, esencja tutejszych wiejskich pubów.

„The Woolpack” i kościółek Świętej Trójcy położony naprzeciw patrzą na siebie rano, w południe, i  wieczorem. Choć dzieli je wąska ulica, po jednej stronie oczy widzą łąki, wzgórza i tuż nad głową mknące chmury, a po drugiej ciemne drzewa, tajemnicę i dalekie gwieździste niebo.  Część ze starych, przykościelnych tablic nagrobnych kładzie się w stronę pubu jak mosty, przez które dusze mogłyby czasem wyskoczyć na doczesną stronę i dokończyć może jakieś przerwane kiedyś w pół zdanie.
Pub niewiele się od jego czasów zmienił, ceny jednak wzrosły dość poważnie, powiedzmy że drogą opłaty kultowej…

Kulinarnie to solidne miejsce niczym specjalnym nie zaskoczy. Świetne za to ales z pobliskiego browaru Uley, szczególnie zaś „Old Spot”, ciemnorubinowe, o wyraźnym słodowo-owocowym smaku, z odczuwalną goryczką, a bez słodyczy… Zwyciężca wielu konkursów. Można też wypić na pamiątkę „Laurie Lee’s Bitter”, jednak zupełnie inaczej niż pisarz, jest mało charakterystyczne.

Ten położony nieco na uboczu, niemal nietknięty wojnami i uprzemysłowieniem region można uznać za uosobienie harmonii rozwoju. Jego mieszkańcy prowadzą często wysublimowane życie umysłowe, towarzyskie i finansowe, używając nowych technologicznych zabawek pracują często z domu, ale tworzą tę „wartość dodaną” w usługach, za którą w Londynie, Nowym Jorku, Genewie, Singapurze, czy Dubaju wciąż dobrze płacą. Jednocześnie znajdują siłę – nie wiem, czy bardziej w tradycji, poczuciu estetyki, czy w zwykłej dbałości o charakter tutejszych rezydencji (choćby dla utrzymania odpowiednich cen na rynku nieruchomości) – by angażować się na poważnie w utrzymanie specyfiki tej okolicy, z architekturą, tradycyjnymi zajęciami i rozrywkami (w moich pensjonatach z prasy znajodwałem wyłącznie „Horse & Hound”, „Garden”, periodyki o polowaniu, wędkowaniu, żeglarstwie i wyścigach konnych), rytmem dnia, wreszcie  – niby nie tak ważną w Anglii – kuchnią. W tym wszystkim pomagają im bogaci londyńczycy, chętnie kupujący tu wakacyjne domy lub przenoszący się na stałe.

Jest jednak pewien specyficzny typ Costwolds, o wyraźnie ciemniejszej karnacji, nie po anglosasku białoróżowej, a w odcieniu miejscowego wapienia, z mocnym, tutejszym akcentem, dużą dawką ironii wobec pieniędzy bogaczy i londyńczyków. Znajdziemy ich pośród lokalnych farmerów, kamieniarzy, złotych rączek, hodowców koni, jockey’ów – kręgu ludowej, starodawnej kultury tych okolic. Ten miejscowy typ obserwuje od pokoleń bogatych właścicieli pięknych domów z  wielkimi, wypieszczonymi trawnikami, czarnymi autami 4×4, które zastąpiły hacki , huntery i clevelandy w stajniach, a curricles  i phaetony  w wozowniach. Właściciele ci,  bright as buttons, washed out looking, zawsze niespokojni, zestresowani, z ich pięknymi, zwykle nietutejszymi młodymi żonami (bardzo, według Petera, kochliwymi) są tylko wierzchnią powłoką, pod którą kryje się stary rdzeń Costwolds.

Wyjaśnie tu, przy okazji, że hack czy hunter to nie rasa koni, a typ. Anglicy, inaczej niż Francuzi, Węgrzy, czy Niemcy, już od wieków rozwijali swoją hodowlę mniej kurczowo trzymając się rasowych dogmatów (podobnie Polacy przy chowie konia husarskiego). Kwestią pierwszej wagi był właśnie typ użytkowy wierzchowca ustalany według szczegółowych wymagań. Tak powstał słynny hunter, jeden z najwspanialszych wierzchowców w historii.  Od tego konia przeznaczonego do polowania wymagano wytrzymałości, umiejętności pokonywania rozmaitych przeszkód terenowych, w lesie, czy błocie, w niepogodę, a także inteligencji, zaradności, twardości i odwagi. Silne kończyny i zad, a także niedługa szyja, skośne łopatki  i mocny grzbiet – były konieczne. Ten muskularny, postawny wierzchowiec miał przy  tym być zdolny do długotrwałego galopu pod niemałym obciążeniem.

Podstawowe „obciążenie” dla huntera wyjaśniane jest bowiem tak :

– dobrze spasiony jeździec, a w jego brzuchu
– dwanaście plastrów giczy baraniej
– dwie uncje musztardy
– dwie pajnty bitter
– trzy kielichy clareta
– trzy łyki whisky
ponadto:
– siodło i kask (tudzież cylinder)
– trzymetrowy bat, czasem róg
–  cwierćlitrowa piersiówka koniaku albo whisky
– odpowiednia doza zarozumialstwa zrównoważonego przedłużającym ród rozsądkiem.
Huntery uzyskiwano zazwyczaj z klaczy cięższych ras, jak Cleveland Bay czy Irish Draught, i ogierów pełnej krwi angielskiej (Thoroughbred). Miałem przyjemność wypróbować huntera pracującego przy pewnej posiadłości w roli konia do przejażdżek. Skonstatowałem potem, że, rzeczywiście, ludzie przenoszą jakąś część swej kultury i charakteru na konie – tak rozsądnego, pewnego, dzielnego i dobrze ułożonego konia wcześniej nie dosiadałem. Zastanawiałem się więc, po co wymyślono  typ hacka, „konia-gentlemena do spokojnej, regularnej pracy pod siodłem”, skoro są tak grzeczne huntery, całkowicie spełniające wymaganie stawiane hackowi, to jest ability to provide a comfortable ride for a person who is riding all day, with quality,  good manners and disposition. Dopiero gdy obydwa typy stoją obok siebie widać wszelkie różnice. Dla mnie najbardziej uderzająca była kwestia, pardon my French,  zadu. Najprościej rzecz ujmując trzy-czwarte hacka mieściło się w zadzie huntera.
Mógłbym ze spokojnym sumieniem polecić któreś z białych win wytwarzanych w Wiltshire lub Sussex, ale postawiłem dziś na „Old Spot”. Ten czerwono-brązowy, gorzkawy ale  z browaru Uley to istny hunter wśród miejscowych piw. Ma charakteru tyle co trzy lagery,  a po każdej pajncie odwaga rośnie.
Polub nas i śledź na: