Latem 2010 roku, wracając za którymś, kolejnym razem znad Bzury wpadłem do znajomych do miasteczka Wilanów, nie pamiętam już w jakiej sprawie, wraz z moim towarzyszem podróży, świeżo poznanym nad Bzurą Markiem, historykiem, archeologiem, badaczem pozostałości po wiadomym odwrocie przez puszczę.

Zastałem, oprócz bardzo jak zwykle miłych gosdpodarzy –Kingi i  Roberta, dwóch jego kolegów, trzydziestoparolatków z atrakcyjnymi partnerkami życiowymi,  akurat dyskutujących o czymś przy – tu, przyznaję, mnie zaskoczyli – winie, prawdziwie dobrym, Brunello.

Tak, było to Brunello di Montalcino od Casanova di Neri, Tenuta Nuova 1998. Wtedy bez wątpienia należało do najlepszych Brunello z tych dostępnych w Polsce. Chętnie przyłączyłem się do kompanii, a gdy skończyło się Brunello  – niestety pite przez towarzystwo jak sok jagodowy – zaoferowałem dużo skromniejsze, acz wcale urzekające, dobrze zrobione, „nieprzegotowane”  Cuvee Ultreia z trójgłosem Syrah, Grenache i Mourvedre,  z Mas de Martin, biodynamicznej uprawy z Langwedocji.

Kiedy po Ultrei gospodarz zaserwował kalifornijski El Sol już od pewnego czasu wiedziałem, że, i z winem, i z rozmową, która zeszła na tory podziwu dla fresku Rivery zniszczonego przez Rockefellera, nie będzie ciekawie. El Sol schodziło równie gładko i z pochwałami jak Tenuta Nuova i Cuvee Ultreia, a Rivera… Cóż, choć to nie to co Che Guevara, to jednak zachwyty nad jego odwagą, bezkompromisowością, „artyzmem i wrażliwością społeczną” zaczynały jak najgorszy sikacz trącić popkulturową egzaltacją.  Zbierałem się do mojego , nie-winnego już „Ultreia!”, chciałem jakoś zachęcić do spojrzenia na ten znany mi dobrze fresk z innej, może, perspektywy, jednak rozmowa zupełnie nie prowadziła na wyżyny. Za mało się starałem, za cicho mówiłem : tak , czy inaczej, mój nowopoznany, milczący dotąd towarzysz podróży odebrał mi głos krótkim pytaniem : – A zauważyłyście tam Lenina otoczonego przez dzieci i ludzi pracy?

– No, tak – oparła on niechcenia pani domu – ale, mimo wszystko, nie wyrywajmy go z kontekstu…

– Jakiego kontekstu? – lekko podniósł głos archeolog – Tego niewidzialnego i nieuchwytnego, czy tego oczywistego, który po lewej stronie pokazuje ohydę kapitalistycznego świata, a po prawej jutrzenkę komunistycznej sprawiedliwości?

– Człowieku, mówimy o sztuce, czy o poglądach Rivery?! – zdenerwował się miły dotąd gospodarz. – Nie każdy artysta-komunista to zaraz morderca…

Archeolog też się zaperzył, zaczął perorować : -Ten artysta namalował dość prymitywny mural. Wyłożył na nim swoje poglądy. Przypomnę, był to rok 1933, dziesięć lat po ludobójstwie, którego sprawcą byli Lenin & Co. Do 1922 r. bolszewicy zamordowali i zagłodzili ponad 5 milionów ludzi, głównie chłopów. Wiedza o tym szybko dotarła na Zachód, choć padały różne liczby. Rivera był jednym z wielu, którzy nie chcieli wiedzieć. Poputczikiem był, użytecznym idiotą! W najlepszym wypadku!

– Może i wiedział – wtrąca inny z gości – ale sam nie mordował, była artystą, dawał wiarę na kredyt.. Zacznijmy wreszcie oceniać poputczików abstrahując od komunistycznych zbrodni. Ludzie na Zachodzie od dawna to potrafią, a my tkwimy z tymi klapami na oczach…

– Rozumiem, przyjmując jednak twoją logikę należałoby wreszcie przywrócić honor prawdziwie wielkim artystom, na przykład bezsprzecznie wybitnym Arno Brekerowi czy, powiedzmy,  hmmm… takiemu Kampfowi, członkom  NSDAP, chętnie tworzącym dla III Rzeszy, nawet kiedy już dobrze wiedzieli co wyprawia ona na Wschodzie. W końcu nikogo nie zamordowali, podobnież nawet pomogli paru osobom? – z nazbyt widocznym sarkazmem cedził archeolog.

klasyczny Breker

Arthur Kampf, chłopiec (lub dziewczynka) w czerwieni

Pax, pax, pax!  – zawołał gospodarz, z uszami zaczerwienionymi z irytacji. Spojrzał na mnie wymownie i rzucił do znajomych : – Słuchajcie, czas leci, a my jeszcze nie zaczęliśmy „Czarnych Historii”. Przecież na to się umawialiśmy w szóstkę!

Aluzju poniał.

Tymczasem cała szóstka ochoczo ruszyła sprzed pustych kieliszków w  jadalni na fotele i kanapy salonu by zająć miejsc wokół stołu, na którym mieli bawić się w tę nieznaną mi grę. Jak potem doczytałem, musiała dostarczać jeszcze większych wrażeń niż rozmowa z „moim” archeologiem : „Po raz kolejny poznacie śmiertelne związki, makabryczne zdarzenia i mroczne intrygi. Zadając pytania i odnajdując na nie odpowiedzi, krok po kroku odkrywacie przebieg zdarzeń i mrożące krew w żyłach rozwiązania przerażających zagadek. Czarne historie 6 to kontynuacja bestsellerowego zestawu Czarne historie, który podbił serca miłośników zagadek kryminalnych nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Zestaw tworzący Czarne historie 6 został zebrany i przygotowany przez Holgera Böscha, który także tym razem dopilnował, aby w pudełku z grą znalazły się same najlepsze historie, a wszystkie z nich dało się rozwiązać” – zachęcał wytwórca gry.

Po tyle szybkim, co chłodnym pożegnaniu z gospodarzami wyszliśmy na ulicę. Archeolog w żołnierskich słowach zarzucił mi brak kręgosłupa. Pogratulował znajomych i poradził abym na niego więcej nie liczył w sprawie kampinoskich śladów.

Po powrocie do domu chwilę pokontemplowałem poniesione straty towarzyskie nad, powiedzmy, większym  kieliszkiem Quinta de la Rosa Vintage 1994. Idealnym  w takich razach. Ten wybitny rocznik daje oczywiście głęboką słodycz, której słusznie oczekujemy, ale jest ona tu bardzo stonowana. Za to wspaniały owoc, z nutą cytrusa, w tle z lekkim migdałem, na bardzo długo wygania z ust i gardła gorycz podwójnej porażki. Mocno zbudowane i  – podobno dzięki cienkim skórkom tamtego zbioru –  o wspaniałym, głębokim kolorze. Wyjątkowe wino, choć wielbiciele słodkich rocznikowych portasów spod znaku Symingtona czy Quinta do Ventozelo mogą być zawiedzeni. Ja lepszego porto nie piłem.

In vino veritas, in porto maximum solatium…

Polub nas i śledź na: